Mężczyzna w świecie perfum - Pan Marcin Veith dla BwB

Panie Marcinie, skąd pojawiło się u Pana zainteresowanie tematyką perfumeryjną? Z perspektywy męskich zainteresowań to przecież bardzo niszowe hobby.

Rzeczywiście znani raczej z zamiłowania do szybkich aut, piłki nożnej i wędkowania mężczyźni niezmiernie rzadko oddają się perfumowemu hobby. Nawet jeśli perfumy nie są im obojętne, przyznawanie się do tego zwykle uważają – błędnie moim zdaniem- jako ujmę na męskim ego. Na szczęście powolutku się to zmienia, co mnie bardzo cieszy. Dla mnie perfumy były ważne od zawsze, tzn. od kiedy pamiętam. Nie umiem wytłumaczyć, dlaczego, ale już jako 10 letnie dziecko chciałem mieć i miałem swoje pachnidło (a było to „Zielonej Jabłuszko” produkcji Polleny), a zapachu „Old Spice”, którego używał znajomy moich rodziców, nie zapomnę nigdy (a trzeba pamiętać, że były to lata 80-te ubiegłego wieku, gdy na dobre perfumy mało kto mógł sobie pozwolić, a dostępne były wyłącznie za dewizy w Pewexie czy w Baltonie i to też tylko niektóre). Dziś z perspektywy czasu stwierdzam, że przyczyną mojego zainteresowania perfumami było prawdopodobnie połączenie dużej czułości na bodźce zapachowe z ogólną wrażliwością estetyczną. Podziwiam i potrafię docenić oraz podziwiam wszystko, co subiektywnie oceniam jako piękne – nie tylko wonie, ale i muzykę, film, krajobraz, przedmiot, a także piękną kobietę… Co ciekawe, to nie było nigdy tak, że interesowały mnie zapachy per se. Nie. Od początku chodziło o perfumy. Miały w sobie niezwykłą magię. Poruszały mnie. Zauważyłem też, że miały przemożny wpływ na moje postrzeganie osób je noszących i na przywoływanie wspomnień. Wciąż uważam, że poprzez odpowiedni dobór perfum możemy zmienić sposób, w jaki jesteśmy odbierani przez otoczenie, możemy też wpływać na własną ocenę swojej osoby. Co więcej - perfumy potrafią natychmiast przywołać nawet odległe wspomnienia. To jest niesamowite.

Kim są użytkownicy założonego przez Pana Perfuforum, czy spotykacie się w świecie realnym?

Specyfiką świata wirtualnego, a w takim przecież funkcjonuje moje forum, jest duża anonimowość jego użytkowników. Osobiście nie znam żadnego usera Perfumforum. Niewiele także potrafię o nich powiedzieć, poza tym, że to wspaniała grupach prawdziwych entuzjastów perfum, miłośników tematyki, ludzi bardzo wrażliwych, którzy potrafią nie tylko niezwykle opisywać pachnidła i swoje wrażenia z nimi związane, ale także toczyć poważne spory na ich temat! Członkowie Perfuforum są w różnym wieku, od młodego po dojrzały, a ich różne punkty widzenia pięknie się uzupełniają. Wiem, że jest pewna mała grupa, której udało się co najmniej raz spotkać „w realu”. To naprawdę miłe, że poprzez tę wspólną zapachową pasję dotarli do siebie i nawiązali prawdziwe znajomości.

Czy znany jest moment, w historii świata, w którym pojawiają się męskie perfumy? Czy różniły się znacząco od współczesnych produktów?

Cóż, ten moment trudno dokładnie sprecyzować. Od swojego początku (w Europie należy przyjąć rok 1370 czyli datę powstania Wody Królowej Węgier, pierwszych w znanej historii perfum na nośniku alkoholowym) perfumy nie były przyporządkowane płci. Nawet słynne kolońskie używane były zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety, a o fakcie ich używania decydowała nie tyle płeć, ile zamożność i pozycja społeczna. Tak było do wieku XX, ściślej do jego początków, gdy pośród przytłaczającej przewagi perfum dedykowanych kobietom pojawiły się pierwsze pachnidła dla panów, co producenci już wówczas starali się zaznaczyć w ich nazwie: Guerlain „Mouchoir de Monsieur” (1902), Worth „Pour Homme” (1932), Caron „Pour Un Homme” (1934); choć nie zawsze, czego przykładem wspomniany wcześniej „Old Spice” (1938). W kolejnych dekadach powstało wiele wspaniałych męskich pachnideł, ale podział na perfumy męskie i damskie, jaki znamy dziś, utrwalił się już współcześnie (poczynając od lat 80-tych) i jest efektem intensywnego marketingu producentów perfum.

Coco Chanel powiedziała, że moda przemija styl pozostaje. Czy w świecie męskich perfum ta sentencja też ma zastosowanie? Jaka, jeżeli w ogóle, rodzina zapachowa zasługuje na miano stylowego, męskiego klasyka?

Bez wątpienia sentencja Coco Chanel ma zastosowanie w świecie perfum, także męskich. Nie mam wątpliwości, że na miano stylowego męskiego klaska zasługuje rodzina zapachowa fougere, która swój początek wzięła w zapachu wcale nie pomyślanym jako męski. Fougere Royale (1882) francuskiego domu Houbigant w momencie swego powstania były perfumami absolutnie przełomowymi, ze względu na bezprecedensowe użycie syntetycznie pozyskanej z bobu tonka kumaryny, która w połączeniu z lawendą i mchem dębowym utworzyła wcześniej nieznany akord, który od nazwy perfum nazwano akordem fougere (franc. paproć). Zapach zyskał ogromną popularność właśnie wśród panów i doczekał się niezliczonej liczby naśladowców, z których najbardziej znane to klasyki lat 60 –tych i 70-tych: Azzaro „Pour Homme” (1978), Faberge „Brut” (1964), Paco Rabanne „Pour Homme” (1973). Polski produkt „Brutal” Polleny to także fougere. O tym, że klasyczne fougere to wciąż temat chętnie podejmowany w męskich perfumach, świadczą także nowsze pachnidła: YSL „Rive Gauche Pour Homme” (2003), Penhaligon’s „Sartorial” (2010), „Masculine Pluriel” Maison Francis Kurkdjian (2014). Właśnie ten akord używany był przez dekady do zaperfumowania męskich kosmetyków do golenia, co dodatkowo umocniło postrzeganie go jako zapachu męskiego. Amerykanie zwykli określać tę woń jako „barbershop scent”. Na przestrzeni lat osoby zajmujące się kwalifikowaniem perfum stworzyły na ten użytek co najmniej kilka odmian zapachu fougere, np. aromatic fougere, woody fougere, oriental fougere. Jednak pozycja klasycznego fougere jako symbolu męskości w perfumach wydaje się być niezachwiana i mam nadzieję, że tak pozostanie.

Czy stwierdzenie, że współczesne zapachy są mniej trwałe, niż te powiedzmy sprzed 30 lat, jest uzasadnione?

I tak, i nie. Jak zwykle nie ma jednej prostej odpowiedzi. Z jednej strony osiągnięcia współczesnej chemii pozwalają na zastosowanie składników syntetycznych bądź pozyskanych w inny nietradycyjny, często technicznie bardzo zaawansowany sposób, które potrafią niemal doskonale utrwalić każdy zapach na skórze (nawet z natury ulotny cytrusowy zapach koloński). Z drugiej zaś strony we współczesnej perfumerii głównonurtowej, która jest niczym innym, tylko potężnym, bardzo dochodowym biznesem ukierunkowanym na szybki zysk i wysokie słupki sprzedaży, dąży się do tego, by zapach nie był zbyt trwały, bo w efekcie spowoduje to szybsze zużycie flakonu i być może zakup kolejnego. Ale nie jest to zasada, gdyż wciąż wiele współcześnie powstających pachnideł charakteryzuje się bardzo dobrą trwałością. Natomiast 30 lat temu mieliśmy połowę lat 80-tych, czyli rozkwit mody na perfumy bardzo mocne, intensywne i zwykle wówczas bardzo trwałe (np. YSL „Kouros” czy Dior „Poison”). Współczesnym zapachom rzeczywiście daleko to tamtych perfumowych bomb! Warto natomiast wiedzieć, że zanim odkryto syntezę aromamolekuł, perfumy komponowane wyłącznie ze składników naturalnych utrwalano głównie piżmami i ambrą. Jednak efekty takiego utrwalania dalekie były od tego, co można osiągnąć obecnie.

Kobiety twierdzą, że mężczyzna jest prosty w obsłudze. Jak wobec tego wytłumaczyć mężczyźnie, w nieskomplikowany sposób, architekturę zapachu? Tak, aby mógł z tej wiedzy skorzystać w perfumerii.

To bardzo dobre pytanie, a odpowiedź wcale nie jest łatwa. Myślę, że z punktu widzenia mężczyzny – użytkownika perfum ważne jest, by pamiętać, że perfumy to nie tylko to, co czujemy na papierku testując je w perfumerii, ale to przede wszystkim to, co odkrywają przed nami, na naszej skórze, w ciągu kolejnych godzin po ich zaaplikowaniu. Nie można, wprost nie wolno oceniać perfum i podejmować decyzji o ich zakupie na podstawie kilkuminutowego „wwąchiwania” się w papierek. To podstawowy błąd, na który zresztą liczą duże sklepy z perfumami. Zresztą także i producenci perfum robią wszystko, by pierwsze wrażenie, a więc tzw. akord głowy, był jak najbardziej atrakcyjny i zachęcił do zakupu. Jednak pamiętajmy, że jeżeli użyjemy perfum, będziemy nimi pachnieć co najmniej kilka godzin. Powinniśmy widzieć, jak zachowują się one w tym czasie, gdyż poza akordem głowy (trwającym maksymalnie do 2-3 minuty od aplikacji), zwykle zbudowane są z zasadniczej woni zwanej akordem serca (trwa ok. 1-2 godzin), po której przychodzi najdłużej trwająca baza zapachu (nawet kolejne 6-8 godzin). W dobrych perfumach te fazy potrafią się od siebie znacząco różnić. Dlatego dobrze jest przed zakupem perfum zdobyć próbkę albo po prostu użyć danych perfum podczas wizyty w perfumerii i dać sobie czas na ich lepsze poznanie w ciągu dnia czy też wieczoru.

Światy męskich i damskich ubrań są wyraźnie rozdzielone. Skąd i kiedy pojawiła się zatem koncepcja zapachów unisex? Czy zatarcie sie podziału jest wynikiem zmian kulturowych, czy doskonałości branży perfumeryjnej w promowaniu zapachów podobających się obu płciom jednocześnie?

Myślę, że perfumy uniseks były niezbyt udanym eksperymentem, któremu początek dał Calvin Klein zapachem CK One w 1994 roku. Po czasie widać jednak, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni przyzwyczajeni są do podziału perfum na damskie i męskie i – szczególnie panowie – lepiej się czują, gdy sięgają po zapachy właśnie dla nich dedykowane. Uniseks to w perfumerii głównonurtowej dziś już raczej margines. Inaczej sytuacja ma się w tzw. perfumerii niszowej, gdzie niepisaną zasada jest niedzielenie pachnideł na męskie i damskie. Nabywcę perfum niszowych traktuje się jako dużo bardziej świadomego użytkownika, konesera, który swój wybór opiera wyłącznie na tym, co czuje, a nie na wskazaniach zawartych na etykiecie.

Skoro mamy piwo rzemieślnicze to czy również dzisiaj dostępne są na rynku zapachy powstające na nieprzemysłową skalę, w czasochłonnym procesie godnym miana "old school"?

Tak, jak najbardziej. Ostatnie 10-15 lat to dynamiczny rozwój tzw. perfumerii niszowej, produkowanej na małą skalę, czasem całkowicie ręcznie w prywatnych, domowych pracowniach. To szczególnie ciekawy i wartościowy segment rynku niszowego, który określam jako perfumy artystyczne. Twórcy na własną rękę pozyskują składniki (kupują je lub nawet sami pozyskują z natury), komponują, mieszają, sezonują, butelkują, etykietują swoje dzieła. Zwykle są to perfumiarze samouki, bez odpowiedniego wykształcenia, co jednak wcale nie umniejsza jakości, wartości i urody ich perfum. Wprost przeciwnie. Prowadzą skromny marketing i sprzedaż opierając się na Internecie, a ich sprzymierzeńcami są perfumowe blogi i fora zapachowych entuzjastów. Ich pachnidła powstają tak, jak niegdyś, gdy wytwarzanie perfum było zajęciem rzemieślniczym. Kreatywność nie zna wówczas granic. Charakter tych zapachów wynika wyłącznie z wizji i talentu perfumiarza, a nie z mody, oczekiwań rynku, briefów i ograniczeń budżetowych, tak jak to jest w tzw. mainstreamie. Marki takie jak Tauer Perfumes, Mona Di Orio, Nasomatto, Sonoma Scent Studio, Vero Profumo czy Slumberhouse nie są szerzej znane, a o ich istnieniu wiedzą jedynie koneserzy i maniacy perfum. Obcowanie z ich perfumami to kompletnie inny wymiar zapachowej bajki. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że perfumeria artystyczna oraz mainstreamowa, ta dostępna w sklepach w centrach handlowych, to dwa różne światy. Tu i tu mamy do czynienia z chemiczną mieszanką pachnących składników, jednak zarówno jakość, treść, charakter, jak i wrażenia z ich używania są w obu przypadkach na zupełnie różnym poziomie. Perfumy niszowe są dziś tym, czym ogólnie perfumy były w latach swej świetności. Towarem luksusowym, prawdziwie ekskluzywnym, przeznaczonym dla najbardziej wyrobionych i wymagających klientów. W porównaniu do nich zapachy dostępne w perfumeriach sieciowych określiłbym - lekko przesadzając - jako perfumowy hipermarket. Mają się spodobać wszystkim, przez co tak naprawdę są nijakie i podobne do siebie. To oczywiście uproszczenie, bo rynek perfum jest dużo bardziej zróżnicowany. Obok artisanal perfumes i mainstreamu mamy jeszcze zapachy luksusowe oferowane przez znane marki (np. Chanel Lex Exclusifs, Hermes Hermessence, Dior La Collection Privee) oraz marki niszowe działające na większą skale, dla których perfumy komponują często znani profesjonalni perfumiarze (np. Amouage, Penhaligon’s, L’Artisan Parfumeur, Frederic Malle Editions de Parfums). Te pachnidła nie ustępują niczym perfumom artystycznym, a wręcz często prezentują nawet wyższy poziom, niedostępny nikomu innemu. To prawdziwe Himalaje perfumerii, łączące doskonałe składniki z perfumiarskim mistrzostwem i brakiem ograniczeń dot. cen stosowanych ingrediencji. Cechuje je jednak zwykle warsztatowa poprawność i wysoka estetyka, wynikająca z tego, że są komponowane przez elitę perfumiarzy, ludzi gruntownie wykształconych kierunkowo, którzy nie potrafią w swej twórczości uciec od klasycznych zasad, które im wpojono. W porównaniu do nich tzw. artisanal perfumers to swoiści „rock and rollowcy perfum”, unikający w swej twórczości klasycznych reguł kompozycji. Od nich można spodziewać się dosłownie wszystkiego, nawet zapachu topiących się kabli elektrycznych(!).

Forum But w Butonierce odwiedza wielu młodych czytelników, którzy często pytają o porady odnośnie męskich zapachów, bo są na początku swoich olfaktorycznych odkryć. Jak zbudować podstawową kolekcję zapachów? Czym się kierować - marką, nazwiskiem perfumiarza? Czy może Pan wskazać jakieś hity, dyskutowane na Perfuforum, którym warto się przyjrzeć bliżej.

Są różne szkoły. Wg jednej z nich mężczyzna powinien pachnieć zawsze tak samo i być wierny jednym perfumom. Najlepiej przez całe życie. Zagwarantuje to bowiem, że stanie się rozpoznawalny poprzez perfumy i będzie się z nimi nieodłącznie kojarzyć. Taka zapachowa sygnatura, podpis. Uważam, że to jednak przesadnie minimalistyczne podejście, do tego strasznie nudne i pozbawiające mężczyznę możliwości wyboru i korzystania z rozmaitości. To tak, jakby wciąż nosić ten sam sweter. Smutne, prawda? Wg innej – znacznie mi bliższej – szkoły, mężczyzna powinien posiadać co najmniej 2-3 zapachy używane w zależności od okazji i okoliczności. Przy ich doborze należy kierować się wyłącznie ich charakterem i jakością. Marka czy nazwisko perfumiarza to sprawy na tym etapie drugorzędne. Jeden z zapachów będzie przeznaczony do codziennego użycia – do szkoły, na uczelnię czy do pracy. Najlepiej by był charakterystyczny, ale nie koniecznie kontrowersyjny. Raczej średniej wagi, niż ciężki. No i trwały przez te przynajmniej 8 godzin. Tu doskonale sprawdzi się zapach z gatunku fougere lub jednego z jego odmian, a także lekki drzewny. Drugi zapach to perfumy wieczorowe, ubierane do wyjścia na imprezę, kolację, do teatru, kina czy na koncert. Tu warto rozejrzeć się na czymś bardziej eleganckim, zmysłowym, intrygującym (np. zapachy balsamiczne, przyprawowe, ambrowe), a nawet kontrowersyjnym (np. zapachy kadzidlane, skórzane, a nawet kwiatowe). Wreszcie trzecie pachnidło miałoby mieć niezobowiązujący, a nawet sportowy charakter, dobrze korespondujący z odpoczynkiem, wolnym czasem czy aktywnością fizyczną. Tu polecam wszelkie wody kolońskie, zapachy wodne czy ozonowe. Jeżeli chodzi o perfumy hity – to każdemu poszukującemu zapachu dla siebie na początek polecam zapoznać się z: Terre d’Hermes, Cartier Declaration, Dior Homme, Dior Homme Sport, Dunhill Icon, Chanel Allure Homme Sport, Bleu de Chanel, YSL L’Homme, Mont Blanc Legend, Bvlgari Man Extreme, Victor & Rolf Spicebomb, Dolce & Gabanna Pour Homme, Davidoff Cool Water, Dior Fahrenheit, Coty Aspen. Dadzą one niezłe pojęcie o współczesnej estetyce męskich perfum.

Na zakończenie bardzo proszę o rekomendację zapachu, który kojarzy się Panu z jesienią, mężczyzną w tweedowym garniturze i butach ze skórzaną, skrzypiąca podeszwą.

Nie będę tu zbyt odkrywczy: Green Irish Tweed brytyjskiej marki ekskluzywnej Creed. Klasyk i jednocześnie jedne z najdoskonalszych męskich perfum, jakie kiedykolwiek powstały. Genialne i absolutnie ponadczasowe dzieło Pierre’a Bourdona.